Reklama

Długa droga do Kalkuty(1)

Niedziela toruńska 2/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pokochałem Matkę Teresę z Kalkuty wiele lat temu, w latach mojej młodości kapłańskiej. Fascynacja ta zaowocowała napisaniem pracy magisterskiej poświęconej jej dziełu i duchowości. Gdy więc ks. kan. Wojciech Miszewski zaproponował wyjazd na pielgrzymkę do jej grobu w Kalkucie, połączoną z odwiedzeniem innych ważnych miejsc Indii, zdecydowałem się natychmiast. Z lektur towarzyszących ongiś pisaniu pracy o Matce Teresie ukształtowała się we mnie świadomość dobrego przygotowania do wyjazdu. Wiedziałem co nieco o tamtejszej biedzie, systemie społecznym, kontrastach - obok umierających na ulicy kroczą obwieszeni złotem, o miliardzie ludzi zamieszkujących ten kraj, wielobóstwie. Sądziłem, że zdobyłem już trochę wiedzy i będzie mi łatwiej podróżować. Miałem się wkrótce przekonać, co znaczy wiedza książkowa. Zetknięcie się z Indiami było fascynujące do zachwytu i bolesne do łez, do granic wrażliwości. Zanim dotarłem do mojej błogosławionej Matki Teresy, zanim klęknąłem przy jej grobie, Boża Opatrzność przeprowadziła mnie i uczestników pielgrzymki przez dobrą szkołę życia. Myślałem, że da się tak po europejsku, w miarę wygodnie, dotrzeć do błogosławionej z Kalkuty, która rozpoczynała swoje dzieło od zbierania umierających z ulicy i ofiarowania im na moment przed śmiercią łóżka i miłości osoby towarzyszącej. Myliłem się. Pięknych, acz trudnych dzieł nie da się dotknąć przez czystą szybę. Bogu dziękuję, że się nie dało, że musiałem dotknąć trędowatego bez rąk i twarzy, hamować odruchy wymiotne w czasie pływania łodzią po Gangesie, kulić się w pociągu z Benares do Kalkuty. Podróż do Indii pozwoliła mi poznać prawdziwą wielkość dzieła Matki Teresy. Jej dzieło urosło jeszcze w moich oczach.
Poniedziałek 14 listopada ub.r. był dniem wyjazdu. Msza św. w kościele św. Antoniego w Toruniu rozpoczynająca pielgrzymkę, potem autobusem na lotnisko w Gdańsku, bukowanie i… wiadomość: Samolot odwołany ze względu na gęstą mgłę. Pojedziemy? Nie pojedziemy? Linie lotnicze zapewniają hotel w Gdańsku. Dzień opóźnienia i wylot do Delhi z przesiadką we Frankfurcie.
16 listopada, lotnisko w New Delhi. Za nami 7 godzin lotu Boeingiem 777. Przesuwamy zegarki o 4, 5 godziny do przodu. Jest samo południe. Pakujemy wstydliwie nasze zimowe kurtki i swetry. Rozkoszujemy się lekkim ubiorem. Na przekór listopadowi paradujemy w krótkich rękawkach. Gdzieś sączą się myśli: w naszym zimnym kraju zgrzytają zębami przy minus 5. A tu 30 stopni. Jeszcze na lotnisku wymieniamy walutę na rupie. Będą zaraz potrzebne. To kraj napiwków. Za każdą pomoc daje się napiwek: 50 rupii lub one dolar.
Jeszcze nie przeczuwamy, co nas czeka. Wsiadamy do autobusu oznakowanego z przodu napisem: tourist i niebieską linią wzdłuż bocznych ścian. W tym kraju turyści należą do najwyższej kategorii osób uprzywilejowanych. Przed turystami otwierają się wszelkie drzwi, także te zamknięte na zawsze dla większości miejscowych. Otrzymujemy na powitanie, według miejscowego zwyczaju, wianuszki pomarańczowych kwiatów oraz wodę w butelce. Nieufni sprawdzamy, czy butelka jest oryginalnie zamknięta. Ostrzegano nas przed jakością wody. Ruszamy z lotniska na ulice stolicy. Liczy 17 milionów ludzi. Oczy i uszy szeroko otwarte. Pierwsze zdumienie i zachwyt. Autobus wbija się w zatłoczoną drogę. Pierwsze wrażenie: Co za chaos. Kto jest większy, jedzie szybciej i pewniej. Mniejsi ustępują, choć zbyt łatwo pola nie oddają. Zaczyna się walka o przestrzeń. Nie widzę znaków, nie rozpoznaję zasad poruszania się po drodze. Jazda jest jak walka o przetrwanie. Klaksony towarzyszą każdemu manewrowi. Nie używa się kierunkowskazów, biegu wstecznego, nie respektuje czerwonych świateł, które sporadycznie pojawiają się na skrzyżowaniach. Prowadzący pojazd nie oddaje raz zdobytego metra drogi. Fascynujące parcie do przodu. Lusterka wsteczne są we wszystkich pojazdach złożone. Polskie drogi jawią się jako oaza spokoju, kultury na drodze, przestrzegania przepisów. Widziałem kiedyś film, w którym pokazany był ruch uliczny w Indiach. Ale zobaczyć to i przeżyć... Wieczorem, gdy w hotelu kładę się spać, w uszach jeszcze gra orkiestra klaksonów, krótkich, dłuższych, urywanych, jak nieznany mi alfabet kierowcy.
Podjeżdżamy na śniadanie do hotelu. Znajduje się wewnątrz zamkniętego osiedla. Budynki rządowe, przedstawicielstwa zagranicznych firm, banków. Nowoczesne miasto, zupełnie niepodobne do tego, które mijaliśmy, przemieszczając się z lotniska. Mijamy po kolei trzy wartownie. Ochrona jest nie tylko przy wjeździe. Czuwa przy każdym kolejnym budynku. Pierwszy indyjski posiłek. Gdy już zaspokoiliśmy głód, patrzę na sąsiada. Ma oczy pełne łez. Przegryzł papryczkę chili. W gorących krajach używa się mocnych przypraw.
Pierwsze zdjęcia z bojami hotelowymi ubranymi w wyszukane stroje. Przypomina mi się cesarz Bokasa w stroju galowym opisany przez Ryszarda Kapuścińskiego. Ruszamy w dalszą podróż do Jaipur, stolicy Radżastanu. 200 kilometrów lokalną autostradą zajmuje 6 godzin. Z Torunia do Gdyni jest podobna odległość. Starą „jedynką” trasę tę pokonywałem w 3, 5 godziny. Nową autostradą A-1 w 1, 5 godziny. Długa podróż do Jaipur umożliwia obserwację sklepów, domostw, ludzi, ruchu ulicznego.
W mijanych miastach i miasteczkach handel odbywa się na różnych poziomach. Najbliżej jezdni rozłożone są najbiedniejsze sklepy. Określenie sklepy jest wyjątkowo umowne. Na ziemi rozłożona jakaś płachta i na niej towary, także żywność. Następny pas stanowią wózki na wysokich kołach. Cztery rowerowe koła, na nim koszyk i towary. Na tym poziomie są także zakłady usługowe. Lusterko zawieszone na drzewie, krzesełko i człowiek z nożyczkami. To jest zakład fryzjerski. Tak po prostu na ulicy, pomiędzy stojącymi rowerami. Kawałek dalej pucybut czeka na klienta. Wzdłuż parterowych budynków boksy otwarte do ulicy. To trzeci poziom sklepów. Wewnątrz sklepu widać niekiedy zapaloną żarówkę, czasami świecę, a czasami wnętrze oświetla światło ulicy. Pomiędzy nimi są jadłodajnie - posiłki przygotowuje się na ulicy. Butla gazowa i odprowadzony od niej palnik podgrzewa zawieszoną na trójnogu stalową misę o obwodzie około metra. W niej warzy się zupę lub inne specjalności. Na kilku krzesłach czekają już pierwsi klienci. Dalej zakłady produkujące wszelkie możliwe rzeczy. Obok, wewnątrz boksu, widzę hodowlę kurczaków, a następny to już warsztat naprawy komputerów. Boks przy boksie, każdy liczący nie więcej niż 3 metry szerokości. Całe życie gospodarcze, handlowe, towarzyskie.
Po drodze mijamy fabrykę autobusów. Nie było żadnej hali produkcyjnej, biurowca. Wszystko na ziemi. Poszczególne części spawane. Taśmą produkcyjną był pas ziemi wzdłuż drogi. Kawałek dalej widać kolejne elementy dospawane. Prawie przy końcu pojazd okratowany jak kibitka. To autobus, ale jeszcze bez blach, które stworzą ściany.
Domów w znaczeniu europejskim jest mało. Ludzie żyją w skleconych jurtach, szałasach. Tego nie można nawet nazwać czworakami. Widziałem cztery kije wbite w ziemię, na nich rozciągnięta skóra. W środku krzesło i telewizor. Życie odbywa się na zewnątrz. Obserwowałem matkę kąpiącą dziecko, o pięknej oliwkowej skórze, inną przygotowującą posiłek, piorącą przed domem, przy ulicy. Prawdziwym szokiem była naturalność, że użyję eufemizmu, załatwiania czynności fizjologicznych. Wszędzie widać mężczyzn stojących przy murku, kobiety kucające i załatwiające swoje potrzeby. W czasie kilku dni widziałem takie obrazy setki razy. Odwracałem głowę w drugą stronę, a tam dokładnie taka sama scena. Nie byłem w stanie uciec od tej rzeczywistości. W następne dni, wędrując uliczkami kolejnych miast, przy temperaturze 30 stopni, uruchomiony został drugi zmysł, poczułem charakterystyczny zapach… uryny, świdrujący głębokie zakamarki.
W czasie podróży mogłem dokładniej przyjrzeć się ruchowi ulicznemu. Fascynował swoją innością. Zaraz po opuszczeniu lotniska zostałem wciśnięty w siedzenie. Drogi, autostrady mają często po dwa pasy. Na pierwszy rzut oka nie ma w ruchu ulicznym żadnego porządku. Gdy jednak przez kilka godzin podróży, z wypiekami na twarzy, przyglądałem się jeździe, doszedłem do wniosku, że jest w tym jakiś porządek, porządek silniejszego i większego. Indie przez 200 lat były kolonią brytyjską, „perłą w koronie”, mają więc lewostronny ruch. Od lewej strony idą piesi. Prawą stroną mijają ich rowerzyści. Katie Melua śpiewała kiedyś o 9 milionach rowerów w Pekinie. Tu również są miliony rowerów. Następnie bardzo popularne żółto-zielone samochodziki na trzech kołach, samochody osobowe, ciężarówki i autobusy. Wszyscy jadą. Przy korku wszystkie rodzaje pojazdów się mieszają. Każdy wjeżdża tam, gdzie jest kawałeczek wolnego miejsca aż do momentu całkowitego zakorkowania. Co potem? Bierne stanie? Tu nic nie jest bierne. Trwa nieustanna walka o przetrwanie, także na drodze. Jakaś niespożyta agresja, aby wyrwać nowy kawałek życia. Na skrzyżowaniu z drogą z pierwszeństwem przejazdu trzeba się po prostu przebić na drugą stronę. Autobus jest uprzywilejowany, ponieważ jest największy. Pisząc to, widzę i słyszę ten żywioł ulicy, ale nie jestem w stanie go właściwie oddać.
Jadąc autostradą, napotykamy co jakiś czas traktory, jadą pod prąd. Skracają drogę. Na wszystko się trąbi, na jadących pod prąd nie. To zrozumiałe, po co jechać kilometry naokoło. W pewnym momencie kierowca gwałtownie zatrzymuje się. Poboczem idzie duże stado wielbłądów. Prowadzi je dwóch poganiaczy. Wyskakujemy na sesję zdjęciową. Wielbłądy przyjazne. Pyski wkładają prawie do aparatu. Na autostradzie mijamy również stada świętych krów. Akurat na popas wybrały pas zieleni pomiędzy pasami ruchu. Kierowcy muszą uważać. Za zabicie świętej krowy można trafić do więzienia, za zabicie człowieka chyba nie.
Do celu dojeżdżamy późno. Transfer do hotelu, kolacja.
Jaipur to - jak na indyjskie warunki - ledwie 2 miliony mieszkańców. Dynamizm życia jednak ten sam, co w stolicy. Zwiedzamy kompleks pałacowo-forteczny Fort Amber. Położony jest na górze. Stajemy w kolejce. Czekamy ok. pół godziny, aby wsiąść na słonie i wjechać na dziedziniec pałacu. Jedziemy parami, siedzimy w wielkim koszu, nogi nam dyndają, przerzucone przez grzbiet kolosa. Dostojna jazda z widokiem na dawne ogrody maharadży. Pilot opowiada historię miejsca. Nie pamiętam szczegółów, pamiętam mur pnący się wokół, przecinający szczyty i doliny. Klisza pamięci wyświetla chiński mur. Czyżby skojarzenie podobieństwa? Jeden z maharadżów miał 12 żon. Kolejne małżeństwa stanowiły po prostu kolejne przymierza polityczne. Miał również ok. setki nałożnic. Każda żona miała w pałacu swój apartament, odrębny domek z niezależnym przejściem. Wzajemnie nie wiedziały, u kogo gości maharadża. Żonom zapewniono dostatek i rozrywkę. Nie mogły opuszczać pałacu. Żyły w złotej klatce, otoczone eunuchami, plotkami i pałacowymi gierkami. Delegacjom, gościom, odwiedzającym pałac mogły przyglądać się przez ażurowe okna.
Słynny przepych widać w kolejnych odsłaniających się w miarę kroczenia w górę dziedzińcach, komnatach, zwłaszcza zaś w komnacie lustrzanej. W czasach świetności wszystko pokryte było grubymi dywanami, pomieszczenia przepierzone ręcznie tkanymi kilimami, brokatami, setki służby, gotowej na skinięcie ręki.
Maharadżowie mieli sporą wiedzę, nie tylko wojskową i wojenną. Jeden pasjonował się astronomią. Pozostało po nim wielkie obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar. Jest tam kilkanaście zegarów słonecznych. Najdokładniejszy odmierza czas z dokładnością do 4 minut.
Wychodząc, mijamy zaklinacza węży. Siedzi na ziemi w kucki, ubrany w białą tunikę i pomarańczowy turban. O metr ode mnie w takt wygrywanej muzyki wyciąga szyję jadowity wąż. Mijamy grupę kobiet. Niosą na głowach ogromne dzbany. Czy wypada zatrzymać się i z rozdziawioną buzią przyglądać się niezwykłej sprawności.
Mszę św. odprawiamy w kościele katolickim położonym na obrzeżach miasta, w dzielnicy zamieszkałej ongiś przez Anglików, dziś przez hinduskich wojskowych. Budynki z ogrodami są już tylko wspomnieniem dawnej świetności. Kościół skromny. Sporo elementów będących ukłonem w stronę gustów hindusów: jaskrawe ozdoby, sztuczne kwiaty, zawieszone przed ołtarzem kapy w ostrym niebieskim kolorze, ze srebrnymi blaszkami. Do Mszy św. śpiewa nam miejscowa schola. Parafia prowadzi szkołę z internatem dla dziewcząt. Po Mszy św. odwdzięczamy się śpiewem „Barki” i paru pieśni. Proboszczem jest Hindus. Chętnie opowiada nam o swoim kościele i Kościele w Indiach. Jego parafia to jest mała wspólnota, Kościół w mniejszości głoszący Chrystusa w zupełnie różnym żywiole i kulturze.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Święty Anzelm z Canterbury

Niedziela Ogólnopolska 40/2009, str. 4-5

[ TEMATY ]

św. Anzelm

pl.wikipedia.org

Święty Anzelm z Canterbury

Święty Anzelm z Canterbury
Drodzy Bracia i Siostry! W Rzymie na Awentynie znajduje się opactwo benedyktyńskie św. Anzelma. Jako siedziba Instytutu Studiów Wyższych oraz opactwa prymasa benedyktynów skonfederowanych, stanowi ono miejsce, które łączy w sobie modlitwę, naukę i zarządzanie, czyli te trzy płaszczyzny aktywności, które cechują życie Świętego, któremu opactwo jest dedykowane: Anzelmowi z Aosty, którego 900. rocznica śmierci przypada w tym roku. Liczne inicjatywy, podjęte zwłaszcza przez diecezję Aosty z okazji tej rocznicy, ukazały zainteresowanie, które nadal budzi ten średniowieczny myśliciel. Jest on znany również jako Anzelm z Bec i Anzelm z Canterbury, ponieważ związany był w tymi miastami. Kim jest ta osobistość, z którą trzy miejsca, oddalone od siebie i znajdujące się w trzech różnych krajach - we Włoszech, we Francji i w Anglii - czują się szczególnie związane? To mnich o intensywnym życiu duchowym, znakomity wychowawca młodzieży, teolog o niezwykłych zdolnościach spekulatywnych, mądry zarządca i niezłomny obrońca „libertas Ecclesiae” - wolności Kościoła. Anzelm jest jedną z wybitnych osobowości średniowiecza, potrafił połączyć wszystkie te przymioty dzięki głębokiemu doświadczeniu mistycznemu, które zawsze kierowało jego myślą i działalnością. Św. Anzelm urodził się w 1033 r. (lub na początku 1034 r.) w Aoście jako pierworodny syn znamienitej rodziny. Jego ojciec był człowiekiem szorstkim, oddającym się rozkoszom życia i trwoniącym swój majątek; matka zaś to kobieta szlachetnych obyczajów i głębokiej pobożności (por. Eadmero, „Vita s. Anselmi”, PL 159, col. 49). To matka zajęła się wczesną humanistyczną i religijną formacją syna, którego następnie powierzyła benedyktynom z przeoratu w Aoście. Anzelm, który jako dziecko - jak opowiada jego biograf - wyobrażał sobie, że dobry Bóg zamieszkuje wysokie, ośnieżone szczyty Alp, miał pewnej nocy sen, że wysłano go do tego wspaniałego królestwa samego Boga, który długo i serdecznie z nim rozmawiał, po czym poczęstował go „śnieżnobiałym chlebem” (tamże, col. 51). Sen ten pozostawił w nim przekonanie, że został powołany do wypełnienia szczytnej misji. Gdy miał piętnaście lat, poprosił o przyjęcie do Zakonu Benedyktynów, ojciec jednak całą swoją władzą sprzeciwił się temu i nie ustąpił nawet wtedy, gdy ciężko chory syn, czując, że koniec jest bliski, błagał o zakonny habit jako ostatnią pociechę. Anzelm powrócił do zdrowia, a potem, po przedwczesnej śmierci matki, przeżywał czas moralnego zagubienia: zaniedbał naukę i porwany ziemską namiętnością, stał się głuchy na napomnienia Boga. Porzucił dom i zaczął włóczęgę po Francji w poszukiwaniu nowych przeżyć. Trzy lata później, gdy dotarł do Normandii, udał się do opactwa Benedyktynów w Bec, przyciągnięty sławą Lanfranka z Pawii, przeora klasztoru. Było to dla niego spotkanie opatrznościowe i decydujące o dalszym jego życiu. Anzelm z zapałem podjął studia pod kierunkiem Lanfranka i w krótkim czasie stał się nie tylko ulubionym uczniem, ale również powiernikiem mistrza. Zapłonęło w nim na nowo jego powołanie zakonne i - po starannym rozważeniu - w wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Asceza i studium otworzyły przed nim nowe horyzonty, pozwalając mu odkryć na nowo, i to w znacznie większym stopniu, tę zażyłość z Bogiem, jaką miał jeszcze jako dziecko. Gdy w 1063 r. Lanfrank został opatem w Caen, Anzelm, po trzech zaledwie latach życia monastycznego, mianowany został przeorem klasztoru w Bec i mistrzem klauzurowej szkoły, wykazując się zdolnościami wychowawczymi. Nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawiał im „zdrową” swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o przestrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję. Po śmierci opata Erluina, założyciela opactwa w Bec, w lutym 1079 r. Anzelm wybrany został jednogłośnie na jego następcę. Tymczasem wielu mnichów wezwano do Canterbury, by zanieść braciom zza kanału La Manche odnowę, jaka dokonywała się na kontynencie. To dzieło spotkało się z dobrym przyjęciem do tego stopnia, że Lanfrank z Pawii, opat Caen, został nowym arcybiskupem Canterbury i poprosił Anzelma o pozostanie z nim na jakiś czas, aby uczyć mnichów i pomóc mu w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się jego wspólnota kościelna po najeździe Normanów. Pobyt Anzelma okazał się bardzo owocny, zaskarbił on sobie sympatię i szacunek tak, iż po śmierci Lanfranka wybrano go na jego następcę na stolicy arcybiskupiej w Canterbury. Sakrę biskupią przyjął uroczyście w grudniu 1093 r. Anzelm przystąpił od razu energicznie do walki o wolność Kościoła, odważnie domagając się niezależności władzy duchowej od władzy doczesnej. Bronił Kościoła przed bezprawną ingerencją władz politycznych, przede wszystkim królów Wilhelma Rudego i Henryka I, zachętę i poparcie znajdując u papieża, któremu okazywał zawsze śmiałe i serdeczne oddanie. Wierność tę przypłacił w 1103 r. nawet goryczą wygnania ze swej stolicy w Canterbury. Dopiero w 1106 r., gdy król Henryk I wyrzekł się roszczeń udzielania kościelnej inwestytury oraz ściągania podatków kościelnych i konfiskaty mienia Kościoła, Anzelm mógł powrócić do Anglii, radośnie witany przez duchowieństwo i lud. Tak szczęśliwie zakończyła się walka, jaką stoczył orężem wytrwałości, dumy i dobroci. Ten Święty Arcybiskup, który budził wokół siebie podziw, gdziekolwiek się udał, ostatnie lata swego życia poświęcił przede wszystkim moralnej formacji duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r., słuchając słów Ewangelii czytanej tego dnia podczas Mszy św.: „Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole” (Łk 22, 28-30). W ten sposób spełnił się sen o tej tajemniczej uczcie, który w dzieciństwie miał na samym początku swej drogi duchowej. Jezus, który zaprosił go, by siadł przy Jego stole, przyjął św. Anzelma po śmierci do wiecznego królestwa Ojca. „Błagam Cię, Boże, obym mógł Cię poznać, obym Cię kochał, bym mógł się Tobą radować. A jeżeli nie mogę w całej pełni w tym życiu, niech przynajmniej stale postępuję naprzód, aż nadejdzie to w pełni” („Proslogion”, rozdz. 14). Modlitwa ta pozwala zrozumieć mistyczną duszę tego wielkiego Świętego okresu średniowiecza, twórcy teologii scholastycznej, któremu tradycja chrześcijańska przyznała tytuł „Doctor Magnificus”, ponieważ żywił gorące pragnienie zgłębiania tajemnic Bożych, z pełną świadomością jednak, że droga poszukiwania Boga nigdy się nie kończy, przynajmniej na tej ziemi. Jasność i logiczny rygoryzm jego myśli zawsze miały na celu „wzniesienie duszy do kontemplacji Boga” (tamże, „Proemium”). Stwierdził on wyraźnie, że ten, kto chce uprawiać teologię, nie może liczyć jedynie na swą inteligencję, ale musi pielęgnować jednocześnie głębokie przeżywanie wiary. Działalność teologa, według św. Anzelma, rozwija się więc w trzech etapach: wiara - bezinteresowny dar od Boga, który należy przyjąć z pokorą; doświadczenie - które polega na wcieleniu słowa Bożego we własnym codziennym życiu; wreszcie prawdziwe poznanie - które nigdy nie jest owocem ascetycznego rozumowania, lecz kontemplatywną intuicją. Jak najbardziej aktualne pozostają także dziś w tej materii, dla zdrowych badań teologicznych i dla każdego, kto chciałby zgłębić prawdę wiary, jego słynne słowa: „Nie próbuję, Panie, przeniknąć Twojej głębi, gdyż w żadnym razie nie przyrównuję do niej mego intelektu; pragnę jednak, przynajmniej do pewnego stopnia, zrozumieć Twoją prawdę, w którą wierzy i którą kocha moje serce. Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę, bym zrozumiał” (tamże, 1). Drodzy Bracia i Siostry, miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem - Drogą, Prawdą i Życiem. Oprócz tego gorliwość, pełen odwagi zapał, który wyróżniał jego pasterską działalność i który przysporzył mu czasem niezrozumienia, goryczy, a nawet wygnania, niech będzie zachętą dla pasterzy, osób konsekrowanych i wszystkich wiernych, by kochać Kościół Chrystusowy, modlić się, pracować i cierpieć dla niego, nie porzucając go nigdy ani nie zdradzając. Niechaj wyjedna nam tę łaskę Dziewica Matka Boża, do której św. Anzelm żywił czułe i synowskie nabożeństwo. „Maryjo, Ciebie serce moje chce miłować - pisze św. Anzelm - Ciebie język mój pragnie żarliwie sławić”.
CZYTAJ DALEJ

Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju

[ TEMATY ]

modlitwa

Królowa Pokoju

Adobe Stock

Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore
Maryjo, Królowo Pokoju,
CZYTAJ DALEJ

Na boisku i przy ołtarzu

2026-04-21 14:24

Paweł Wysoki

Zwycięska drużyna z parafii Miłosierdzia Bożego w Puławach

Zwycięska drużyna z parafii Miłosierdzia Bożego w Puławach

Ponad 700 ministrantów i lektorów wzięło udział w 16. Mistrzostwach Liturgicznej Służby Ołtarza Archidiecezji Lubelskiej w Halowej Piłce Nożnej o Puchar Metropolity Lubelskiego.

Rywalizacja odbyła się w trzech kategoriach wiekowych. W finałach zwyciężyły drużyny z parafii Miłosierdzia Bożego w Puławach, św. Mikołaja w Urzędowie i Matki Bożej Anielskiej w Brzeźnicy Bychawskiej. Zwycięzcy wezmą udział w mistrzostwach Polski, które odbędą się w Gnieźnie.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję