Reklama

Droga do trzeźwości

Niedziela sosnowiecka 45/2001

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

20-letnia historia małżeństwa Beaty i Andrzeja od początku daleka była od tego, co zwykliśmy nazywać sielanką. Nawet ceremonia ślubu, która dla większości jest jednym z najcudowniejszych przeżyć, i dni tuż po niej były gorzkie. Ich życie w niczym nie przypominało zdrowej, kochającej się rodziny, w której był czas na dialog ze współmałżonkiem, rozwiązywanie wspólnych problemów, wyrażanie swoich uczuć. Długie lata we dwoje wspominają jako pasmo cierpień, zadawanie kolejnych ciosów, rozdrapywanie starych ran. "Teraz jest inaczej, dlatego zdecydowaliśmy się ´otworzyć"´" - mówią małżonkowie.

Przyciąganie się przeciwieństw

Reklama

Tak samo jak różne były ich rodziny, różna też była świadomość życia religijnego. Lata dzieciństwa i młodości Beaty wypełniała choroba ojca, który cierpiał na stwardnienie rozsiane. "Nie pamiętam szczęśliwego okresu w moim domu. Wydaje się, że wszyscy zawsze żyli przeniknięci strachem i lękiem o to, aby ojciec nie umarł. I choć tata nie pracował, to zawiadywał wszystkimi sprawami, był podporą, nadzieją, otuchą" . Chodzenie wokół chorego dosłownie na paluszkach, nieustanne widmo śmierci i wieczna obawa o życie towarzyszyły jej od dziecka. W domu zawsze były braki finansowe. Beata nie mogła równać się ze swoimi koleżankami. Wstydziła się jednak nie tyle tego, że brakowało na podstawowe rzeczy, ale przede wszystkim tego, że jej dom jest smutny, pusty, nie mam w nim gwaru, radości, wrzawy, po prostu życia. I w niej nie było życia. Wiecznie zatroskana, posępna, małomówna, niewiele obchodziły ją spotkania klasowe, imprezy czy dyskoteki. Zmiana przyszła, gdy poznała o 2 lata od siebie starszego Andrzeja. Miała wówczas 18 lat i coś w niej drgnęło. Miłość - to było to! Rozpoczął się szalony czas. Zmieniła styl bycia. Mniej obchodził ją już ojciec, którego do tej pory piastowała. Pociągał ją nowo poznany chłopiec, a jeszcze bardziej jego sposób na życie, który streszczał się w haśle: grunt to się nie przejmować. Najbliżsi Andrzeja spędzali czas na rozrywce i zabawie. Taki też był jej chłopak: młody, beztroski i rozhukany. " Podobało mi się, że nie był ułożonym, potulnym, grzecznym młodzieńcem. Jego zawadiacki styl życia porwał mnie" - wspomina stare dzieje dziś 38-letnia Beata.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Tradycje i rozwiązłość

Ona była panienką z tzw. dobrego domu. "U nas nigdy nie było niedzieli bez Mszy św. Tradycje rodzinne podtrzymywane były z pokolenia na pokolenie i wciąż pielęgnowane. Pamiętam spotkania rodzinne przy dużym stole, podczas których starsi wiekiem opowiadali dzieje naszego rodu. Prawie nigdy w naszym domu nie częstowano mocnymi trunkami, co najwyżej na rodzinnym zjeździe mogło się pojawić jakieś wino. I to wszystko".

On natomiast nie znał Boga w ogóle. Rodzice żyli w związku niesakramentalnym. Zdarzyło mu się co prawda być na jakimś rodzinnym ślubie czy pogrzebie katolickim, jednak tylko do takich okoliczności ograniczał kontakt z Kościołem. Później zazwyczaj wódka lała się strumieniami, a goście opuszczali zjazd rodzinny na czworakach. " Straciłem kawał swojego życia, zmarnowałem życie wielu drogim mi osobom, zanim przebudziła się moja dusza. Wszedłem na ścieżkę poszukiwań i zacząłem pracować nad własnym wnętrzem. Długo też nie dopuszczałem myśli, że Bóg przemawia przez drugiego człowieka".

Wieczna wrzawa

Reklama

Kryzys w ich małżeństwie właściwie był od zawsze, głównie z powodu alkoholowych skłonności małżonka. W dniu wesela nie doczekał północy, oczepin więc nie było, panna młoda - zdruzgotana. Gdy zamieszkali razem, młodemu małżonkowi często zdarzało się nie wracać do domu na noc, a później na kilka nocy. Początkowo płakała, przejmowała się, szukała go po komendach policji, szpitalach, bała się, czy nie uległ jakiemuś wypadkowi. On jednak pił i zostawał poza domem tam, gdzie biesiadował, czasem sam nie wiedział, gdzie jest i jak dotrzeć do domu. Po trzech latach małżeństwa przyszło na świat dziecko. Myślała, że mały Pawełek zmieni tę gehennę. Było jednak jeszcze gorzej - rozpoczęły się bijatyki, przekleństwa, hałasy, nie było dnia, by w domu nie wrzało.

Na umór - w samotności

"Pierwszy raz upiłem się jako 7-letni chłopiec. Była to butelka " alpagi" wypita do dna, bo koledzy już nie mogli. Ciągoty do alkoholu rosły z roku na rok. Na końcu swojej pijackiej drogi już nie szukałem towarzystwa. Piłem na umór w samotności. Mam za sobą takie odjazdy, że tylko dzięki Bożej Opatrzności, a także pomocy wielu osób zawdzięczam życie, na które zresztą też się targnąłem". Koszmarny był to dom - wiecznie poobijana matka, wystraszone codziennymi awanturami dziecko. " Przestało mi na nim całkowicie zależeć. Z pełną świadomością zostawiałam go w towarzystwie ´ukochanej butelczyny´, żeby zapił się na śmierć, a nam dał żyć. Nie miałam już nikogo bliskiego. Dawno pochowałam ojca. Z matką urwał się kontakt. Nie rozmawiałam też w ogóle z nim, bo nie było dnia, żeby był trzeźwy, przestałam dbać o Andrzeja całkowicie. Nieraz tylko pod drzwiami pokoju nasłuchiwałam, czy jeszcze oddycha" - wspomina Beata. Poszła do poradni psychologicznej z zapytaniem czy to normalne, że życzy mu śmierci? Terapeuta rzeczowo odpowiedział, żeby się nie przejmowała, bo on tak szybko nie "zjedzie", tacy to piją i piją. Wówczas coś w niej się poruszyło. W jednej chwili rozum i serce przeniknęła ta sama myśl: zająć się sobą, bo chociaż nie jest uzależniona, to jest z nią tak źle jak z Andrzejem. Wróciła do domu i zastała ten sam obrazek, bo i cóż miała zastać. Spakowała torby i wyjechała. "Wydawało mi się, że po raz pierwszy podjęłam mądrą, dojrzałą decyzję. Szkoda tylko, że tak późno". Po wyjeździe Beaty przyszło opamiętanie dla Andrzeja. Szukał jej i dziecka, a gdy znalazł miał nadzieję, że znowu będą razem.

Budowanie siebie

"Cały czas piłem, więc nawet nie wiedziałem, ile dla mnie znaczy rodzina, zebrałem się w sobie, postanowiłem skończyć z nałogiem, choć miałem kilka falstartów. Myślę jednak, że Bóg tutaj zadziałał przez różne, przypadkowe osoby, które walczyły o mnie, starego pijusa" . Ku trzeźwemu życiu ruszył przed 6 laty - sam. Nie rozmawiali podczas tego okresu ze sobą bezpośrednio, tylko przez osoby trzecie. Ona również zaczęła sobie pomagać poprzez udział w warsztatach w Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym, bo choć koszmar minął, to jednak zostawił ślad w psychice. Wrócili do siebie po kilku latach - nowi, odmienieni, z bagażem doświadczeń, nie ci sami. Wszystko zaczynało się jakby od początku, jednak o kilkanaście lat za późno. Dzisiaj tworzą szczęśliwą, zdrową, chrześcijańską rodzinę. Mają dorosłego syna, dom i pracę. Po przejściach, które były ich udziałem, podjęli jedno, wielkie - w ich przekonaniu - życiowe dzieło. Postanowili pomagać alkoholikom i ich rodzinom. "Moją drogę do trzeźwości zawdzięczam innym. Teraz pragnę oddać to światu, a najpełniej zrealizuję to pragnienie, dzieląc się tym bolesnym doświadczeniem" - wyjaśnia motywy swojego zaangażowania się w pracę z uzależnionymi Andrzej. Z kolej Beata niesie nadzieję kobietom, które są w podobnej sytuacji co ona przed paroma laty, kiedy to nie palił się w jej sercu płomyk nadziei, a jednak... oboje powstali do nowego, lepszego życia. Wspólnie wyznają, że teraz nie tylko pomagają szukającym drogi do trzeźwości, ale jednocześnie ciągle budują siebie, bo zmarnowali zbyt długi szmat czasu...

2001-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Holandia uśmierca niepełnosprawne 2-letnie dziecko, a urzędnicy nie widzą naruszenia prawa

2026-09-16 07:30

[ TEMATY ]

eutanazja

Holandia

Adobe Stock

Niepełnosprawne dwuletnie dziecko zostało poddane eutanazji w Holandii, mimo że nie znajdowało się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Nie powstrzymało to jednak holenderskich urzędników przed potwierdzeniem, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem - informuje portal lifenews.com.

Holenderska komisja rewizyjna oceniająca przypadki eutanazji doszła do wniosku, że lekarz działał z należytą starannością podczas pierwszej w kraju eutanazji dziecka poniżej 12. roku życia. Było to prawie dwuletnie dziecko z niepełnosprawnościami, którego życie zostało zakończone pod koniec ubiegłego roku.
CZYTAJ DALEJ

Bp Kiciński: Jeśli człowiek postawi siebie w miejsce Boga, wtedy nikną wszelkie bariery człowieczeństwa

2026-09-17 11:25

ks. Łukasz Romańczuk

Biskup Jacek Kiciński CMF

Biskup Jacek Kiciński CMF

17 września, w rocznicę zdradzieckiej napaści Związku Radzieckiego na Polskę, obchodzimy Światowy Dzień Sybiraka. Wrocławskie uroczystości rozpoczęły się od Eucharystii w parafii św. Bonifacego, której przewodniczył bp Jacek Kiciński CMF.

Biskup pomocniczy Archidiecezji Wrocławskiej homilię rozpoczął od słów Jezusa Chrystusa: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. - Słowa te, w sposób szczególny Bóg kieruje do każdego z nas. [...] Musiało upłynąć wiele lat, aby takie święto w historii Polski mogło być odnotowane święto - Światowy Dzień Sybiraka. Musiało upłynąć wiele lat, aby można było mówić o napaści radzieckiej na Polskę, o zbrodniach sowieckich na Polakach, o wywózkach na Syberię oraz o nieludzkich warunkach życia naszych braci i sióstr na nieludzkiej ziemi - mówił bp Jacek, dodając: - To dzisiejsze święto państwowe nie jest świętem radosnym, ale jest to święto, które jest okazją do wielkiej zadumy i refleksji. To dzień, który ma na nowo nam uświadomić, do czego może prowadzić ludzka pycha. Bo jeśli człowiek postawi siebie w miejsce Boga, wtedy nikną wszelkie bariery człowieczeństwa. Dlatego człowiek człowiekowi jest w stanie zgotować taki los, że przekracza ludzką wyobraźnie. Nienawiść do człowieka prowadzi do nienawiści ludzkiego życia. To przerażający widok.
CZYTAJ DALEJ

Biskup Mutsaerts: tradycyjny katolicyzm powinien rodzić świętość, powołania i misję

2026-09-17 18:33

[ TEMATY ]

świętość

Holandia

Bp Mutsaerts

pixabay.com

Biskup pomocniczy 's-Hertogenbosch, w Holandii Rob Mutsaerts wezwał katolików przywiązanych do tradycji, aby wyróżniali się przede wszystkim świętością, licznymi rodzinami, powołaniami i siłą misyjną, a nie „ostrością swoich tweetów”. W refleksji zatytułowanej „Kościół w kryzysie - i jak nie powinniśmy go ratować” ostrzegł także przed sprowadzaniem życia Kościoła do sporów o politykę kościelną, liturgię czy „wojnę kulturową”.

Kościół nie może zmieniać prawdy
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję