Był pierwszy rok wojny, którą później nazwano koreańską. Na półwyspie walczyły wojska komunistycznej Korei Północnej i Chin z siłami południowokoreańskimi wspieranymi przez wojska ONZ, przede wszystkim Amerykanów. Właśnie tam trafił młody żołnierz piechoty morskiej o imieniu Michał. Matka od dzieciństwa uczyła Michała modlitwy do św. Michała Archanioła. Przed wyjazdem do Korei błagała go, żeby o tej modlitwie nie zapominał. W Korei odmawiał ją podczas marszu i odpoczynku, czasem kilka razy dziennie. Nauczył jej także kolegów. Modlitwa stała się w oddziale na tyle znana, że zaczęli żartobliwie nazywać go „Świętym Michałem”.
Obcy w mundurze
Reklama
Był zimowy ponury dzień, a siarczysty mróz dawał się wszystkim we znaki, gdy oddział Michała ponownie wyruszył na zwiad. Podczas marszu Michał oddalił się od reszty oddziału. Wydawało mu się, że idzie sam, gdy zauważył obok siebie wysokiego żołnierza piechoty morskiej. Mężczyzna miał ponad 190 cm wzrostu. Coś się jednak nie zgadzało. Michał był przekonany, że zna wszystkich ludzi ze swojej jednostki. Tego marine nigdy wcześniej nie widział. Zagadnął rozmowę. Nieznajomy wyjaśnił, że dopiero dołączył. Po chwili zaczął odmawiać modlitwę do św. Michała Archanioła. Michał był zaskoczony, ale znalazł proste wyjaśnienie. Skoro sam nauczył jej wielu kolegów, nowy mógł poznać ją od któregoś z nich. Przez jakiś czas szli obok siebie bez słowa. W końcu nieznajomy powiedział: – Czekają nas kłopoty.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Padły strzały
Rozpoczęła się śnieżyca. Widoczność szybko się pogarszała, aż Michał stracił swojego towarzysza z oczu. Zawołał go. Wtedy poczuł silną dłoń na ramieniu. – Wkrótce się przejaśni – usłyszał. Po chwili rzeczywiście się przejaśniło. Przed nimi stało siedmiu żołnierzy przeciwnika. Mieli karabiny skierowane w ich stronę. – Padnij! – krzyknął młody marine i rzucił się na ziemię. Nieznajomy pozostał na nogach. Padły strzały. Michał słyszał świst kul. Patrzył na stojącego obok człowieka i nie rozumiał, dlaczego ten nie rzuca się na ziemię. Uznał, że kolegę sparaliżował strach. Wtedy sam podniósł się, żeby ściągnąć drugiego żołnierza na ziemię. W tej samej chwili został trafiony.
„Chyba umieram”
Poczuł gwałtowny ból w klatce piersiowej. Zakręciło mu się w głowie. „Chyba umieram” – pomyślał. Zapamiętał jeszcze silne ramiona, które go objęły i ostrożnie położyły na śniegu. Zemdlał, a gdy otworzył oczy, nadal widział przed sobą nieznajomego marine. Jego twarz miała jaśnieć, a postać wydawała się coraz większa. W pewnej chwili żołnierz zobaczył kogoś przypominającego uskrzydlonego anioła z mieczem. Potem stracił przytomność.
„Szedłeś sam”
Ocknął się, gdy byli już przy nim koledzy z oddziału i sierżant. Michał zapytał o człowieka, który szedł z nim podczas patrolu. Sierżant zapewniał, że obserwował go przed śnieżycą. Nie widział obok żadnego drugiego marine. Sierżanta bardziej niepokoiło coś innego niż tajemniczy towarzysz Michała. Chciał wiedzieć, jak ranny chłopak zabił siedmiu przeciwników, skoro z jego karabinu nie oddano ani jednego strzału. Żołnierze przeciwnika mieli rany, które wyglądały tak, jakby zadano je mieczem.
Kwestia wiary
Z treścią listu Michała opisującego te wydarzenia miał zapoznać się kapelan Marynarki Wojennej o. Walter Muldy. Według przekazu, rozmawiał z rannym marine, jego matką i sierżantem dowodzącym patrolem. Rok później miał odczytać list wobec 5 tys. amerykańskich żołnierzy w bazie w San Diego. Kapelan i młody marine nie mieli wątpliwości, że tajemniczym żołnierzem był anioł, który czuwał nad Michałem.
