Reklama

W wolnej chwili

Mistrz

„Nie licz już. Ja sobie dodaję jeszcze lat… Nie licz”. Nie do końca jestem posłuszna. Uparcie odliczam kolejne lata od chwili, kiedy Cię poznałam, jedynie nie wypowiadam liczby na głos.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Ilekroć w drodze na koncerty przejeżdżaliśmy z chórem obok katedry częstochowskiej, ks. Kazimierz rzucał tradycyjnie żartobliwe: „A w tym kościele podawałem Margitę do Pierwszej Komunii św.”. Tak się ta znajomość rozpoczęła, pierwszokomunijnie, zanim bowiem mnie „podał”, ks. Kazimierz do tej Pierwszej Komunii mnie przygotował. Przekazał, co w niej najważniejsze, wszystkiego wyuczył i wymusztrował porządnie. A przy okazji wyłuskał mój muzyczny talent. W jego dziecięcej katedralnej scholi przez kilka lat piszczałam nieco jeszcze mysim głosikiem. „Musi być dobra” – usłyszała od niego moja mama, gdy przy okazji jakiejś uroczystości w katedrze wspomniała mu o moich planach studiowania na ówczesnym ATK. Dałam radę. Dostałam się i choć nie poszłam w jego ślady, bo zamiast muzykologii wybrałam psychologię, to lata studiów pamiętam głównie przez pryzmat chóru akademickiego, który prowadził i w którym byłam już całkiem konkretnym altem. Choćby same historie z tych pięciu chóralnych lat wystarczyłyby na książkę o nim, potężne tomisko. Uzbierało się tych historii, oj, uzbierało. Działo się, oj, działo. Zjechaliśmy razem kawał Europy, przekraczając każdego roku żelazną kurtynę, granicę systemów. My, młodzi, zachłystywaliśmy się tym wolnym, bogatym światem, a on cieszył się z nami, ale dbał, byśmy z tego zachłyśnięcia nie dostali zawrotu głowy, nie zgubili po drodze tego, co ważne, nie zgubili wartości. Krytycznym okiem patrzył na to, co Francja – nasza ukochana, najczęściej odwiedzana przez chór Francja – zrobiła ze swoim chrztem. „Grzmiał” nad nią jak nad fałszującym chórzystą.

Reklama

Nie zawsze się zgadzaliśmy. Do pewnych poglądów trzeba dorosnąć, dojrzeć. Na tę dojrzałość czekał, choć często niecierpliwie. Czasem w nerwach zaciskał mocno zęby. Widzieliśmy to, ale bywało, że obie strony nie chciały odpuścić. Byliśmy tyle niepokorni, ile naiwni, z młodymi głowami w chmurach. A on nie odpuszczał, siał ziarno. Konsekwentnie. My często konsekwentnie trwaliśmy przy swoim. Bywaliśmy trudni. „Byliście jacyś” – powiedział mi po wielu latach. „Można było z wami podyskutować, może nawet się pokłócić. Ale wam się chciało nie tylko ćwiczyć, nie tylko śpiewać, lecz tworzyć zgrany zespół, bawić się razem. Dziś takich młodych już nie ma”. Myślę, że są, tylko coraz częściej rozproszeni, bo nie mają wokół kogo – lub nie potrafią wokół kogoś – się gromadzić. Bo wciąż uparcie niszczy się autorytety, niszczy się mistrzów. Tak ja to widzę. My byliśmy „jacyś” pod jego ręką. Bo potrafił nie tylko doskonale dobierać repertuar, interpretować muzykę, dyrygować, ale i nas, gdy było trzeba, trzymał mocną ręką. Był czuły i czujny na nasze problemy. Mogliśmy na niego liczyć w kłopotach. Traktował nas trochę jak dzieciaki, znał każdego z nas doskonale. Nierzadko uczestniczył w naszych zabawach aranżowanych naprędce podczas obozów kondycyjnych. To na jednym z takich obozów, w Bachotku, narodziła się tradycja odliczania kolejnej rocznicy naszej znajomości. Kiedy wróciłam po studiach do Częstochowy, pretekstem do odliczania stały się kolejne edycje festiwalu „Gaude Mater”, na który zawsze z Warszawy, z chórem czy bez chóru, przyjeżdżał. Aż w końcu, chyba przy okazji 40. rocznicy, zaprotestował. „Nie licz już...”. Odliczałam, odliczam – w pamięci. I jestem wdzięczna, że stanął przed laty na mojej drodze. Jest. Dziś niemal pod ręką.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

To jemu zawdzięczam miłość do chorału gregoriańskiego i innych szlachetnych „staroci”, zamiłowanie do muzyki sakralnej. Jemu, choć między jego scholą a chórem akademickim, w czasie gdy on kształcił się u najlepszych, ja ukończyłam liceum muzyczne. Dzięki jego wyrazistym poglądom ukształtowało się z czasem wiele moich poglądów. W końcu może i jego „podawanie” mnie do Pierwszej Komunii św. – nie mogę tego wykluczyć – sprawiło, że jestem dziś tu, gdzie jestem. Tak działa autorytet, mistrz. Nie odbiera wolności, pozwala czasem rozbić się o ścianę i upaść, ale daje podstawy, dzięki którym można znaleźć siłę i odwagę, by się podnieść, wrócić na właściwą drogę.

Ksiądz profesor Kazimierz Szymonik. Mój ulubiony Ksiądz Profesor. Mój autorytet. Ktoś, komu ufam. Kogo szanuję. I o kim mimo upływu lat pamiętam. „Nie licz już...”. Nie będę dziś posłuszna. Najwyżej raz jeszcze usłyszę: „Znam cię od dziecka. Nigdy taka krnąbrna nie byłaś” :-). Policzę, bo pretekst jest doskonały. Kilkanaście dni temu świętowaliśmy Twoją 60. rocznicę święceń kapłańskich. Ktoś ośmielił się policzyć ;-) Ja też się ośmielam: we wrześniu, Księże Profesorze, minie 51 lat, odkąd się znamy. Niezła rocznica, Mistrzu.

2026-06-23 14:23

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Używać czy służyć?

Bez bliższego sprecyzowania, czego akurat ma to dotyczyć, nie ma dylematu. Wiadomo, rzeczy się używa, wobec osób zachowuje się inaczej. To stare i znane zasady. A wobec Pana Boga? Przecież bywa, i to nierzadko, że „bierzemy” Go do ręki jak latarkę i szukamy zupełnie czegoś innego, najczęściej rzeczy ważnych w tej chwili dla nas: zdrowia, powodzenia, władzy itp. A zatem traktujemy Boga przedmiotowo, instrumentalnie, choć wydaje nam się, że na tym właśnie polega pobożność. Czy nie tak wygląda na ogół nasza modlitwa, kierowane do Niego prośby? Najpiękniejszą modlitwę zostawił nam Zbawiciel, ucząc swoich uczniów – na ich prośbę zresztą – modlitwy Ojcze nasz. Znamy ją od dzieciństwa, często uczyły jej nas na kolanach nasze mamy, recytujemy ją codziennie albo i wielokrotnie w ciągu dnia. Pięknie. Czy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że zawiera ona pewien porządek rzeczy, hierarchię wartości i spraw? Przypomnijmy sobie. Najpierw jest Imię Boże, które ma być uświęcone, potem królestwo Boże, którego przyzywamy, później wola Boża, którą chcemy spełnić. Dalej jest prośba o chleb powszedni, wolność od winy i nasze bezpieczeństwo. Jeśli nie jesteśmy tego świadomi, wywracamy ten porządek do góry nogami. Jakie Imię Boże? Moja sprawa, ja sam, moje pragnienia, natarczywie i niecierpliwie. Podobnie traktujemy drugą prośbę, o królestwo Boże. Ja, mnie, moje, zaraz, natychmiast. I po trzecie: o czyją wolę walczymy? Która ma się spełnić, Boska czy moja? Czy bierzemy pod uwagę to, że Pan Bóg może mieć inne zdanie niż my w danej chwili? Widzi dalej, wie niepomiernie więcej i nie są przed nim zakryte żadne konsekwencje i skutki – i to długofalowo, nawet przez pokolenia i na wieczność. Może warto zaufać bardziej Jemu niż własnym odczuciom, nastrojom?
CZYTAJ DALEJ

Indonezja: ofiarą trzęsienia ziemi seminarzysta z Ritapiret, które odwiedził św. Jan Paweł II

2026-08-19 18:20

[ TEMATY ]

trzęsienie ziemi

Indonezja

Vatican Media

Głęboko poruszyła nas wiadomość o śmierci seminarzysty z Międzydiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego im. św. Piotra w Ritapiret - powiedział agencji Fides kamilianin i misjonarz ks. Luigi Galvani. Seminarzysta jest jedną z ofiar trzęsienia ziemi w Indonezji. Seminarium w Ritapiret przed laty odwiedził św. Jan Paweł II.

Ks. Galvani poinformował, że w Indonezji odnotowano znaczną liczbę wstrząsów wtórnych. Mieszkańcy nadal obawiają się powrotu do swoich domów. W miejscowości Maumere na wyspie Flores wiele rodzin, zwłaszcza najuboższych, śpi pod gołym niebem lub w prowizorycznych namiotach.
CZYTAJ DALEJ

Od Wadowic po Brazylię. Jan Paweł II wciąż łączy pokolenia

2026-08-20 16:54

[ TEMATY ]

Watykan

św. Jan Paweł II

pielgrzymi

grób św. Jana Pawła II

@Vatican Media

Jak w każdy czwartek pielgrzymi z różnych stron Polski i świata modlili się przy grobie św. Jana Pawła II (na zdjęciu Grupa z Radomska)

Jak w każdy czwartek pielgrzymi z różnych stron Polski i świata modlili się przy grobie św. Jana Pawła II (na zdjęciu Grupa z Radomska)

Pobudka o czwartej rano, prezent na 50. urodziny i wspomnienia sięgające czasów, gdy Karol Wojtyła był jeszcze kardynałem. Przy grobie św. Jana Pawła II spotykają się pielgrzymi z Polski i Brazylii, a wraz z nimi różne pokolenia. Ci, którzy pamiętają Papieża, przekazują swoje wspomnienia młodym. Ci zaś zaczynają odkrywać Jana Pawła II już nie tylko z opowieści rodziców.

Bernada przyjechała do Rzymu z trojgiem dzieci. W dniu 50. urodzin dostała od nich prezent, o którym marzyła od lat - Mszę św. przy grobie Jana Pawła II. „Właściwie to dzieci mnie tutaj przywiozły. Zrobiły mamie niespodziankę” - mówi. Na Eucharystię trzeba było wstać wcześnie. „To było silniejsze. Czekaliśmy na ten moment tyle lat” - opowiada ze łzami w oczach.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję